Ciało nie rozumie nakazów moralnych, nie da się oszukać słowami, tak jak się to dzieje z naszym umysłem. Ciało jest strażnikiem naszej historii, pamięta bowiem wszystkie nasze życiowe doświadczenia i troszczy się o to, abyśmy byli w stanie z naszą prawdą żyć. Stara się zmusić nas za pośrednictwem różnych dolegliwości do uświadomienia sobie naszej historii, abyśmy potrafili zrozumieć tkwiące w nas wykorzystywane i upokarzane kiedyś dziecko.

Alice Miller, Bunt ciała

Uważam, że we wszystkich metodach psychoterapii ciało pacjenta lub klienta powinno mieć równy status – taki sam, jaki ma jego psychika, choć nie musi być ono przedmiotem bezpośrednich oddziaływań lub komentarzy.

Katarzyna Schier

Tak to większość z nas sobie wyobraża: dwa fotele i dwie mówiące głowy. Jedna głowa pyta, komentuje, potakuje, druga głowa opowiada: o przeszłości, której unika, o przyszłości, której się boi, o codziennych zmaganiach, o tym, że już nie wytrzyma tego dłużej. Głowa. Nie. Wytrzyma.

Ciało w tym czasie siedzi sobie i najpewniej bardzo mu z tą głową niewygodnie. O wiele bardziej niewygodnie niż samej głowie. Ciało jednak rzadko która terapia dopytuje. Przecież ciało nie mówi w żadnym cywilizowanym języku.

Niesłuchane ciało komunikuje się jednak z nami jak może. Brakiem snu lub nadmierną sennością. Kompulsywnym jedzeniem. Bólem w obszarze kolan. Albo karku. Wymiotami. Drganiem, które pojawia się, gdy tego nie chcemy. Atakiem paniki. Potrzebą zrobienia sobie głębokiej rany na przedramieniu. Wysyła sygnał, że ono już tego nie wytrzyma i błaga o to, byśmy wlali w nie kieliszek wódki. Ciało zaczyna chorować. Może przewlekle, a jeśli długo było niesłuchane to i autoimmunologicznie. Przestajemy je lubić. Chcemy je z siebie wyrwać, zastąpić lepszym, ukarać. Myślimy, że to ono nas zdradziło, ale długo wcześniej to my porzuciliśmy je.

Dziś posadźmy je na fotelu w gabinecie terapeuty. Albo podnieśmy je, przecież na psychoterapii nie musimy tylko siedzieć. Niech i terapeuta i jego klient poczują, że nie tyle mają ciała, co są tymi ciałami (wybaczcie mi, nie mogę przypomnieć sobie źródła tego wyjątkowego zdania).

I nie, nie będziemy po Lowenowsku uderzać rakietą tenisową w kozetkę, by pozbyć się wewnętrznych napięć. Lowen [o Lowenie pisałam dla Was m.in. w tej recenzji] był pewnie dla wielu dzisiejszych psychoterapeutów pracy z ciałem ważną inspiracją (choć bałabym się generalizować), ale teraz z ciałem pracuje się inaczej. Nie tylko obserwuje się ciało i na jego podstawie buduje hipotezy. Ciało (i mózg) weszło na szczęście do laboratoriów naukowych psychologów, psychiatrów i psychoterapeutów. Również techniki pracy z ciałem skanuje się, ocenia, a nawet obserwuje ich wpływ na nasz stan psychiczny w czasie rzeczywistym (np. poprzez podglądanie pacjentów w funkcjonalnym rezonansie magnetycznym). To dobry czas dla psychoterapii. Na równi ceni się w niej teraz naukowe dowody, jak i intuicję osoby ją praktykującej. Ale intuicji i zdrowienia nie znajdziemy bez odnalezienia swoich ciał. Po którejkolwiek stronie w gabinecie psychoterapeuty zasiadamy.

Zacznijmy od oddechu. Oddech jest komunikatem inter- i intrapsychicznym. Długi, spokojny oddech oznacza (dla nas i dla obserwatora), że doświadczamy “unieruchomienia bez lęku” (“immobilization without fear”). “Unieruchomienia”, bo możemy się zatrzymać, przed niczym nie uciekać i przed nikim się nie bronić. “Bez lęku”, bo mamy zaufanie do osoby, naprzeciwko której siedzimy. “Unieruchomić się bez lęku” możemy tylko wtedy, gdy czujemy się z osobą, która siedzi obok nas bezpiecznie, według Stephena Porgesa, twórcy genialnej teorii poliwagalnej, aktywizujemy wtedy “społeczny system przywiązania”. Zupełnym tego przeciwieństwem jest “unieruchomienie z lękiem”, reakcja naszego ciała na niebezpieczeństwo (w skrajnych przypadkach to unieruchomienie przyjmuje formę dysocjacji, paraliżu lub omdlenia). W “unieruchomieniu z lękiem” wstrzymujemy oddech, a jeśli już oddychamy to raczej górną częścią klatki piersiowej, płytko i krótko.

W “unieruchomieniu bez lęku” rozluźniają się mięśnie wokół oczu, dosłownie – patrzymy szerzej i uważniej. “Unieruchomienie z lękiem” zaś sprawia, że odwracamy wzrok. Kontakt wzrokowy z drugim człowiekiem wywołuje wtedy ból nie tylko psychiczny, ale i fizyczny. W genialnym badaniu – opisanym przez Bassela van der Kolka w jego książce o terapii traumy “The body keeps the score” – osoby, które doświadczyły traumy poddano badaniu funkcjonalnym rezonansem magnetycznym. W trakcie obserwowania aktywności ich mózgu wyświetlano im video z patrzącym na nie mężczyzną. Ich wyniki porównano z osobami, które nie doświadczyły traumy. U tych ostatnich ten wirtualny kontakt wzrokowy prowokował aktywność kory przedczołowej, obszaru mózgu, który odpowiada za refleksję, analizę, ciekawość. U osób straumatyzowanych zaś podczas kontaktu wzrokowego ich kora przedczołowa pozostawała zupełnie nieaktywna. Aktywizował się zaś u nich obszar zwany “istotą szarą okołowodociągową”, odpowiedzialny za znieruchomienie, wzrost ciśnienia krwi oraz napięcia mięśniowego. Dla ich mózgów pozostawanie w kontakcie wzrokowym z terapeutą (zwłaszcza na początku terapii) może być zatem odbierane podobnie jak śmiertelne zagrożenie.

Gdy już  jesteśmy przy temacie traumy, nie sposób nie wprowadzić kolejnego pojęcia stworzonego przez Stephena Porgesa – neurocepcji. Neurocepcja to sposób, w jaki nasz układ nerwowy odróżnia sytuację bezpieczną od niebezpiecznej. W rozróżnieniu tym uczestniczy nie tylko myśląca część naszego mózgu – kora nowa, ale też obszary podkorowe: układ limbiczny [tu szczególnie ciało migdałowate], nasz “gadzi” mózg, jak i nerw błędny zbierający informację ze wszystkich naszych wewnętrznych narządów ciała (serca, płuc, jelit itp.). Neurocepcja została opisana przez Porgesa jako mechanizm, który ocenia zagrożenia bez udziału naszej świadomości i  kilka milisekund wcześniej zanim świadomie tej oceny dokonamy. Jest ona naszą psychologiczną bramą, za którą wpuszczamy tylko te osoby, które nasz układ nerwowy uzna za bezpieczne.

Jeśli nasz pacjent znajdzie się u nas w stanie “unieruchomienia z lękiem” (bo jest np.  osobą z PTSD lub jego układ nerwowy jest tak wrażliwy, że najmniejszy bodziec stresowy powoduje wewnętrzne zamknięcie) to bardzo prawdopodobne, że “terapia mówiona” [albo: terapia tylko mówiona] początkowo zupełnie na niego nie zadziała. Nie dlatego, że klient “oporuje” lub brak mu motywacji do zmiany, ani też nie dlatego, że nie ufa nam jako profesjonalistom. Interwencje związane z mówieniem (zwłaszcza z mówieniem pacjenta) mogą być jednak nietrafione, bo w stanie “unieruchomienia z lękiem” dostęp do ośrodka mowy w mózgu jest utrudniony (a czasami wręcz zablokowany). Podobnie u osób z rozregulowaną, “nadwrażliwą” neurocepcją – nawet delikatnie zagrażające bodźce wywołują reakcję podobną do tych, których doświadczamy w przypadku śmiertelnego zagrożenia. A tam już nie ma miejsca na mówienie. Na interakcję. Na myślenie.

Jeśli naszym dopytywaniem i konfrontowaniem pacjenta prowokować i pogłębiać będziemy stan “znieruchomienia z lękiem”, staniemy na przeszkodzie zmianie w terapii. Nasze ciało (ale i związana z nimi w sposób bezpośredni psychika) zdrowieje i rośnie bowiem jedynie w stanie “znieruchomienia bez lęku”. A tego stanu nie zapewnimy swojemu pacjentowi zapewniając go naszymi SŁOWAMI, że jest bezpieczny. Do tego potrzebny jest świadomy swojego ciała terapeuta i jego gotowość, by cierpliwie towarzyszyć swojemu pacjentowi w nauce bezpieczeństwa w relacji na nowo.

“Z każdym klientem można pracować z ciałem, bo każdy ciało posiada” –  powiedziała na ubiegłorocznym “Attachment and Trauma Congress” Pat Ogden, twórczyni terapii sensomotorycznej. Ron Kurtz, jej nauczyciel, nazywał ciało stalaktytem, w którym zapisuje się cała jego historia. Są zatem klienci z fobią swojego własnego ciała. Są tacy, którzy czytają tylko komunikaty pozytywne od niego. Są i tacy, których relację z nim można określić jako czysto autodestrukcyjną (nadmierne objadanie się, kaleczenie, picie napojów energetycznych przed snem…). Są ciała, które nieruchomieją przy kontakcie z określonym typem ludzi. Są i wreszcie takie, które relaksują się tylko w jednej relacji, a może nawet nigdy.

Przywracanie kontaktu ze swoim ciałem i jego potrzebami (komunikatami) przypomina wyślizgiwanie narciarskich tras w śniegu. Po pierwszym zjeździe niewiele się dzieje. Ludzie szukają ścieżki, którą jechali, ale widzą, że przysypał ją śnieg. Gdy jednak tą samą trasą przejedziemy kilkadziesiąt, kilkaset razy, narciarska trasa staje się autostradą. Za powstanie tej autostrady odpowiada neuroplastyczność – zdolność naszego mózgu do tworzenia nowych neuronów (neurogeneza) i połączeń między nimi (synaptogeneza). Początkowo nasz pacjent może czuć się zagubiony mówieniem o tym (lub tylko zwracaniem uwagi na  to), czego doświadcza teraz w swoim ciele, gdzie tego doświadcza, do czego go ten sygnał namawia. Z czasem jednak mózg uczy się słyszeć te sygnały (zresztą bardziej uczyć na nowo niż uczyć od podstaw, w wieku dziecięcym większość z nas ma przecież możliwość doświadczyć naturalnego kontaktu ze swoim ciałem).

Praktycznie każda z moich sesji zawiera w sobie coś z technik uważności lub Mind-Body Bridging. Inspiracją do pracy są dla mnie książki i filmy Petera Levine’a, podpatrywanie i podczytywanie Pat Ogden i… joga, tai chi oraz rozmowy z nauczycielami uważności [macham do Ciebie, Agnieszko! <3, i Olu też!], fizjoterapeutami, osteopatami i lekarzami. Cenię sobie bardzo wszystko co o ciele, traumie i psychoterapii pisze polska psychoterapeutka Katarzyna Schier. Czerpię garściami z terapii poznawczo-behawioralnych trzeciej fali i tego, jak bardzo przestały nam one kazać zmieniać myśli naszych pacjentów, a pozwoliły zająć się ich ciałami. I wartościami (a okazuje się, że jedno z drugim jest ściśle związane). Mam też na półce klasyków pracy z ciałem lub po prostu ciała w naszym rozwoju (m.in. Lowen, Kurtz i Winnicott),  ale i uwielbiam to jak o ciele pisze psychodynamiczna terapeutka Nancy McWilliams [w ogóle ją uwielbiam, poczytacie o tym tu Jak zostać psychoterapeutą – w 9 punktach i tu Jak zadbać o siebie, gdy wykonujesz zawód psychoterapeuty]. Nieustannie ciało włączam w swoje superwizje i interwizje. I mam wokół siebie profesjonalistów, którzy myślą podobnie jak ja, czy to w obszarze terapii, coachingu czy edukacji.

Skupienie na swoim ciele prawie nigdy nie jest łatwe. Ani tylko przyjemne. Gdy jednak uznamy, że ciało ma własną pamięć i to trwalszą od pamięci refleksyjnych części naszego mózgu, być może będzie nam łatwiej na psychoterapię je zaprosić. Psychoterapia  pozwala zajrzeć do tej pamięci i napełnić nasze ciało nową somatyczną opowieścią – skupioną wokół troski, bezpieczeństwa i poczucia sprawstwa. Możliwe też, że nie ma od tej drogi dyspensy i że dla każdego z nas to właśnie kontakt z ciałem prowadzi do kontaktu z własnym życiem. Trzymam mocno za Was kciuki, by tak to w Waszych terapiach i życiach się toczyło. A o ciele w pracy psychoterapeuty pewnie jeszcze nie raz dla Was napiszę.

Sabina Sadecka

PS Może też zaciekawi Was ten mój artykuł pt. „Psychoterapia to za mało”, bardzo w temacie. I ten film, o uważności w terapiach zaburzeń odżywainia, nagrany z Natalią: Uważność i zaburzenia odżywiania (video). I ta recenzja. I jeszcze ta.

I jeszcze ta bardzo już stara audycja dla [byłego] radia BLUE FM: Jaki jest związek między umysłem a ciałem? – audycja dla BLUE FM .

PS 2

O pracy z ciałem w terapii napisał też dla Was psycholog Maciej Gendek tutaj. W tej recenzji pisała o tym Maria Sitarska: O mądrości ciała – recenzja książki „Różowa rękawiczka” . Zajrzycie też koniecznie do tego tekstu Kasi Rawskiej.

Tytułowe zdjęcie zawiera instalację Doris Salcedo.