Akceptacja tego, co się stało
jest pierwszym krokiem do przezwyciężenia
konsekwencji każdego nieszczęścia.
William James

Boże, daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie.
Daj mi siłę, bym zmieniał to, co zmienić mogę.
I daj mi mądrość, bym odróżniał jedno od drugiego.
Marek Aureliusz

Akceptacja, to temat bardzo mi bliski. Niełatwy, wymagający zatrzymania się, wsłuchania w siebie, konfrontacji z zawiedzonymi oczekiwaniami, znanymi nam schematami, niewygodą czy wręcz cierpieniem… Często znacznie łatwiej jest buntować się przeciwko rzeczywistości, złościć się na los, oskarżać innych, a nawet oczerniać samego siebie. Złość jest przecież bardzo energetyczną emocją, więc – nawet w sytuacji, gdy nic zrobić nie możemy, zwykle daje nam złudne poczucie bycia w działaniu, a nawet wyimaginowane poczucie wpływu. Więc dalej krzyczymy i tupiemy obrażeni na to, co nas spotyka. Pytanie jednak, co ten bunt wnosi do naszego życia? Jeśli mobilizuje do działania, zmiany tego, co nam nie służy, dodaje siły, by ruszyć z miejsca w kierunku, który jest dla nas ważny, to wykorzystujmy z pożytkiem jego energię. Jeśli jednak powoduje, że rozwija się w nas frustracja, żal, poczucie niesprawiedliwości, a może nawet rezygnacja czy nienawiść, to zdecydowanie ważny moment, by zatrzymać tę spiralę i sprawdzić czy mój bunt przeciwko rzeczywistości wnosi w moje życie coś poza jeszcze większym cierpieniem…

Akceptacja nie jest zbyt popularnym słowem. Kojarzy się często z bezradnością, poddaniem się, zgodą na to, na co zgodzić się nie chcemy. Bywa nawet utożsamiana z rolą ofiary akceptującej swój marny los. Jakże dalekie jest to prawdziwej wartości, jaką wnosi akceptacja. Paradoksalnie, to właśnie ona potrafi przenieść nas z roli ofiary do pozycji „zarządzającego swoim życiem”, z bezsilności do realnego działania, z buntu i złości do łagodności i mądrości, którą naturalnie nosimy w sobie. Akceptacja pomaga nam zobaczyć pełen obraz sytuacji, ocenić na co mam wpływ, a co jest absolutnie poza moją kontrolą, po czym zdecydować, gdzie i w jakim celu chcę przekierować swoją energię. Tak naprawdę, nawet energia, o której pisałam chwilę temu, pomagająca nam w podjęciu działania, najpierw potrzebuje akceptacji: akceptacji tego, że do tej pory było nie tak, jak bym chciała, akceptacji tego, że ktoś mnie wykorzystał – że to już się wydarzyło i cofnąć się nie da, akceptacji tego, że nie wiedziałam jak stawiać granice i dbać o siebie, akceptacji choroby lub kalectwa którego doświadczam, odejścia lub śmierci bliskiej mi osoby.

To wcale nie oznacza, że mam te wydarzenia przyjąć z optymizmem lub uznać za dobre. To oznacza, że przyjmuję, że się wydarzyły, że są dla mnie trudne i oczywiście wolałabym, by nigdy nie miały miejsca, ale nie mam już teraz (a może nawet nie miałam nigdy) wpływu na to, by je powstrzymać. Samobiczowanie się wszelkimi: „powinnam była…”, „czemu nie zrobiłam tego lub tamtego”, „jak mogłam nie dostrzec, że zbliża się coś złego”, „byłam głupia/nierozważna/lekkomyślna” wnosi w nasze życie jedynie kolejne cierpienie i nie pozwala ruszyć naprzód.

Nie bój się akceptacji! To trudny, rzekłabym nieoczywisty, lecz naprawdę dobry przyjaciel każdego z nas. Dopiero, gdy zaakceptujesz to, że pewne sytuacje pojawiły się w Twoim życiu – nawet, jeśli wcale o nie nie prosiłeś, masz szansę zobaczyć siebie i swoje życie z wszelkimi możliwościami, wartościami, zasobami i zdecydować, gdzie chcesz iść dalej i gdzie na ten moment jesteś gotowy, by pójść.

I pamiętaj, że nawet, jeśli teraz siły masz niewiele – może tylko tyle, by ruszyć naprzód tylko jeden malutki krok, to jest to Twój bardzo ważny krok. Idź w swoim rytmie, słuchając siebie i trzymając akceptację pod ramię. Czasem pójdziesz kawałek do przodu, a czasem trochę się cofniesz. I wiesz co? To też jest w porządku.

Agnieszka Pawłowska