Jest książka dla dzieci. Duża i mało poręczna. Nie ma wcale tekstu, który można młodzieży przeczytać, żeby szybko dała spokój. Nie ma akcji, żadnej fabuły stworzonej przez autorów bezpośrednio.

No to co ma?! Ma obrazki, bohaterów i temat. Ot, jak każda książka dla młodych i bardzo młodych. Ale jest w niej też coś jeszcze. Miejsce…

Miejsce na wyobraźnię. Na naszą interpretację. Na przygody bohaterów z ostatniej strony książki. Na wspólne snucie opowieści. Na ćwiczenia spostrzegawczości. Na kreatywność. Na zadawanie pytań i szukanie odpowiedzi.

Nie kupujcie tej książki, jeśli nie lubicie dziecku opowiadać. I nie kupujcie jej, jeśli za nic macie koncepcję rozwoju dziecka Lwa S. Wygotskiego i jesteście przekonani, że niebywale się on mylił twierdząc, że znaki, symbole a przede wszystkim język to narzędzie intelektualne służące do poszerzania naszych zdolności umysłowych. Jeśli nie uznajecie wzajemnych powiązań języka i myśli uważając, że liczba opowieści snutych z dzieckiem nie ma wpływu na jego rozwój. A przede wszystkim nie kupujcie tej książki, jeśli nie macie ochoty na bycie nauczycielem swojego dziecka i odkrywanie z nim jego strefy najbliższego rozwoju. Bo dziś to my opowiadamy naszym maluchom te obrazki, ale już jutro to one opowiedzą nam swoją wersję wydarzeń.

Książkę „Nad morzem” znajdziesz tutaj. Książkę „W górach”, tu.

Germano Zullo & Albertine, „Nad morzem”, „W górach”, wydawnictwo Babaryba.