Możesz nie myśleć o mnie dobrze. O książce, która jest jak dom

Na pewno będą chwile, gdy samotne trwanie przy swoim będzie się wydawać zbyt trudne i zbyt przerażające, gdy zwątpimy w to, że jesteśmy w stanie jakoś się uporać z niepewnością. Ktoś gdzieś powie: „Nie rób tego. Ktoś taki jak ty nie poradzi sobie na bezdrożach”. Wtedy jednak trzeba sięgnąć w głąb własnego nieskrępowanego serca i samemu sobie przypomnieć: „To ja jestem bezdrożem”.
Brene Brown    

To zdecydowanie był rok mocy. Takiej mocy, która rodzi się naturalnie z siły wiatru, z chaosu dużych zmian, z wielu wielkich „nie wiem”, z wkurzenia, ze zgody na trudne i na dobre, z tęsknoty za przestrzenią, z głębokiego zaufania do życia, z odważnych decyzji, z zadziwień światem, ze zdumienia sobą. I kiedy piszę o tym, to zaraz przypomina o sobie i cisza, o którą troskliwie przecież dbałam, i pielęgnowana uważność, i wszystkie te ważne i dobre doświadczenia z ziemią, z drzewami, z rzekami, z ruchem, z ciałem. Z tym, co mnie gruntuje, co pozwala stać mocno na ziemi, szczególnie wtedy, kiedy wieje mocno. I shall not be moved – pisze Maya Angelou – w pięknym wierszu, który znajduję w książce Brene Brown.

I shall not be moved
like a tree planted by the river
I shall not be moved.


(Nie dam się ruszyć
jak drzewo posadzone nad rzeką
nie dam się ruszyć).

Myślę o metaforze, która mogłaby jakoś oddać moje doświadczenie lektury tej książki. I przychodzą mi do głowy trzy: książka-przystań, książka-dom i książka-uścisk dłoni.

O książce-przystani
Być może znacie takie doświadczenie: płyniecie łódką, statkiem, czy rowerem wodnym, albo i wpław, jesteście na środku akwenu wodnego, daleko od brzegu, czujecie wolność i siłę przestrzeni, wiatru, być może pokorę lub szacunek wobec żywej wody, wobec głębin, być może też zaufanie do tego, kto stoi u steru, czy tego, kto nadaje kierunek lub do siły swoich mięśni. Być może jest w Was i obawa przed prądem wody, porywami i chłodem wiatru, przed tym, co zawsze jest większe od naszej ludzkiej siły i wpływu. I kiedy już tam jesteście, na środku jeziora, czy morza przychodzi moment decyzji o powrocie. Zauważacie brzeg, port, czy może pomost, brzeg staje się coraz bliższy, aż przychodzi ta chwila, kiedy cumujecie łódkę, wypełnieni doświadczeniem (może szczęściem?) bycia na wodzie, przewiani wiatrem, tak bardzo blisko natury – wracacie na stały ląd, czujecie ziemię pod sobą, jej twardość i stabilność. Wasz oddech harmonizuje się, wraca spokój stałego lądu. Spokój przystani.

Kiedy ukazała się nowa książka Brene Brown i ja poczułam się właśnie tak, jakbym przybiła do brzegu, jakbym znalazła przystań. Możliwe, że wcale nie musiałam tej książki czytać, trochę już wiedziałam (przeczuwałam), co w niej znajdę. I wiedziałam, że jestem tą książką, że jestem przystanią. Kiedy jestem dla siebie przystanią – mogę doświadczać wody i wiatru, i zaufania, i niepokoju, i wątpliwości, i mocy, i z tym wszystkim pozostać tam, gdzie chcę. Brene Brown pisze o tym doświadczeniu jako o przynależeniu do siebie (przystań) i o byciu bezdrożem (doświadczenie bycia na środku niespokojnej, wielkiej i pięknej wody).

O książce-domu
W tym roku dużo myślałam o domu. O tym, co tworzy dom, kto jest moim domem, czy dom się opuszcza i do niego wraca, czy zawsze się (w) nim jest. Towarzyszyły mi w tych myślowych (duchowych) wędrówkach książki Thich Nath Hanha i jego piękne powroty do domu, który jest tą chwilą: z każdym uważnie stawianym krokiem, z każdym świadomie witanym oddechem, z każdą czynnością życia (rozmową, spacerem, dotykiem, parzoną herbatą, mytym talerzem), w której decydujemy się być w pełni (ale i w pełnej radości) obecni. Ta radość z samego faktu bycia z tym, co jest jest również opowieścią o moim bezdrożu. Przerzucając kolejne kartki „Z odwagą w nieznane”, byłam w domu, byłam u siebie. I wiedziałam, że być może nie o to chodzi, żeby ten dom rozumieć i potrafić opisać, ale raczej może o to, żeby domu doświadczać w każdej komórce mojego ciała. I to jest to doświadczenie, które spotykałam w ciągu roku często: w prowadzonych terapiach, warsztatach, w spotkaniach z ludźmi, w ruchu, w podróżach, w codziennych drobnych przejawach życia, w muzyce, w zapachach, działaniach, w medytacji, ale i w tych momentach, kiedy schodziłam ze znanych sobie ścieżek i rozglądałam się po sobie-w-nieznanym. Wiedziałam, że nawet jak się gubię, to wiem, jak się wraca.

Wiem też, że nie potrafię odnaleźć się w domu-świecie, w domu-rodzinie, w domu-pracy, kiedy opuszczam dom-siebie. Decyduję się więc nie szukać poza sobą. Poza moim sercem-domem. Szczególnie wtedy, kiedy panuje w nim bałagan, kiedy potykam się o wątpliwości, o niepokoje, o strachy. Szczególnie (i ze szczególną miłością) wtedy decyduję się zostać, nie szukać siebie w innym domu.

O książce-uścisku dłoni      
Trochę też rozmyślałam w minionym roku o powitaniach, o spotkaniach i o rozpoznawaniu w ludziach przyjaciół (czy ludzi w ogóle) i rozpoznawaniu w ludziach siebie. Cieszę się, że Brene napisała tak dużo o samotności (która bardziej nas odziera z życia niż głód) i o strachu, który rodzi wrogość. Cieszę się, że tak wyraźnie i odważnie pokazała to, jak nasz własny strach i niezaopiekowany ból prowadzą do tego, że polaryzujemy się w swoich „ideowych bunkrach” (to określenie Brene), by potem zacząć nienawidzić i wreszcie przestać zauważać człowieczeństwo w ludziach, którzy uciekają od wojny, w wyznawcach „nie-naszej” religii, „nie-naszego” światopoglądu. Cieszę się również, że pokazała jasno, że dotyczy to obu stron barykady, również tych z nas, którzy używają języka pogardy wobec tych, którzy używają języka pogardy… Robimy sobie, izolując się od naszej człowieczej, wspólnotowej natury, krzywdę. To nie jest dobry kierunek.

To jest więc również książka o tym, że: „Z bliska trudno nam ludzi nienawidzić” (to też tytuł jednego z rozdziałów).

Myślę o tej książce jak o uścisku dłoni, bo przypomniała mi, że lubię być blisko świata, ale i o tym, jakie to dla mnie ważne, żeby nie definiować się i nie ograniczać nieskrępowanego serca przynależeniem do grupy, która ma jasną nazwę, jasny światopogląd i niewiele wątpliwości. Przypomniała mi, że lubię być blisko całego świata, nie tylko tego, który, jeszcze nie tak dawno, wydawał mi się bardziej „mój”. Jako człowiek chcę zawsze czuć się w świecie u siebie. Jako człowiek, chcę zawsze czuć się członkinią tej samej rodziny ludzkiej, co osoba, która stoi przede mną. Chcę żyć tak, żeby i ona czuła się w świecie u siebie. Chcę się w niej przejrzeć i chcę żeby ona mogła zobaczyć się we mnie. To jest, jak pięknie pisze Brene, „praktyka o charakterze codziennym”.

I jeszcze kilka słów o Mayi
Z książki Brene wzięłam sobie również zupełnie wspaniałą Mayę Angelou, poetkę, aktorkę i przepięknego człowieka, odważną kobietę. Brene przytacza fragment wywiadu, który przeprowadził z Mayą Bill Moyers:

Moyers: A pani gdzieś przynależy?
Angelou: Nie, na razie nie.
Moyers: A do kogoś pani przynależy?
Angelou: Coraz bardziej. Chcę przez to powiedzieć, że przynależę do siebie. Jestem z tego bardzo dumna. Bardzo dużo myślę o tym, jak zapatruję się na Mayę. Bardzo lubię Mayę. Bardzo lubię jej poczucie humoru i odwagę. A gdy stwierdzam, że zachowuję się w sposób, który nie jest… który mi się nie podoba – wtedy muszę sobie jakoś z tym poradzić.

Piękna Maya, prawda?

***
Chciałam napisać dla Was tekst o życiu nieskrępowanym sercem. Dużo o nim w książce Brene. Ale myślę sobie, że jest to tekst o tym, o czym – w Waszych nieskrępowanych sercach – uznacie, że jest. Spodziewam się, że i książka Brene dla każdej i każdego z nas będzie całkiem inną opowieścią. I tego się trzymajmy. Bądźmy sobie drogą, a czasem i bezdrożem, szukajmy domu w sobie, szukajmy domu w sercu. Szukajmy również po to, żebyśmy otwarcie i odważnie potrafili dbać o naszą ludzką wspólnotę, żeby było nam do siebie blisko.

***
No tak, i jeszcze ten tytuł.

Możesz nie myśleć o mnie dobrze.
To dla mnie w porządku.

Być może jest to najwyższa cena za bycie bezdrożem, albo może raczej społecznie najtrudniejsza do przyjęcia. Czasami dzieje się tak, że kiedy decydujemy się być odważnie u siebie, nie decydujemy się jednocześnie na bycie u innych, na dopasowanie się do nie-naszego świata (nie spełniamy oczekiwań, nie mieścimy się w cudzych wytycznych, nie przestrzegamy reguł, rozczarowujemy).

Możesz więc nie myśleć o mnie dobrze, a ja nadal będę myśleć dobrze o Tobie.

Możesz nie myśleć o mnie dobrze, a mi nadal dobrze będzie myśleć o tym, co pisała Maya Angelou: Człowiek jest wolny tylko wtedy, gdy sobie uświadomi, że nigdzie nie przynależy, zupełnie nigdzie, ponieważ jego miejsce jest wszędzie. Cena jest wysoka, ale nagroda – wspaniała.

I takiej wspaniałości życzę Wam z głębi mojego nieskrępowanego serca.

Maria Sitarska

Brene Brown, Z odwagą w nieznane. Jak znaleźć poczucie przynależności bez utraty siebie. Wydawnictwo Laurum, Warszawa 2018.