Kim byśmy byli, gdyby nie książki, które czytamy… Gdzie byśmy byli, gdybyśmy w ogóle nie czytali…Poprosiłam osoby tworzące inspeerio, by wybrały z wszystkich książek, które przeczytały w 2014 roku, tę jedną jedyną, która wywarła na nich największe wrażenie. Wiem, nie jest zadanie proste – bywa że opisywanie ważnej dla siebie książki jest częściowo obnażaniem siebie samego. Tym bardziej jestem wdzięczna za te osobiste i pełne refleksji recenzje i tym gorliwiej polecam poniższe zapiski.

Wiktoria Jaciubek (psychoterapeutka i psycholog rodzinny)

Matka zawsze mi mówiła, że cierpienie trzeba przeżyć, przeżyć aż do samego końca, a potem samo przejdzie. W przeciwnym razie będzie w tobie gnić.

O czym myślisz, gdy umiera twój ojciec? Jak to możliwe, że ojciec – symbol siły, ostoja rodziny, idol twojego dzieciństwa – leży w szpitalnym łóżku? Nieprzytomny, słaby, pokonany przez chorobę. Które ze wspólnych chwil wspominasz, gdy przygotowujesz pogrzeb ojca? Czujesz wtedy do taty szacunek, tęsknisz za nim? Czy może pojawia się nienawiść i pogarda? A może myślisz wtedy o swojej własnej śmierci, która zbliża się z każdym kolejnym dniem życia? Gdy główny bohater książki Jan Nietomny umiera, jego troje dorosłych dzieci próbuje znaleźć odpowiedzi na te pytania. I rozpoczyna poszukiwania rodzinnej historii, aby się z nią rozliczyć. Każde po swojemu.

Jan Balabán przedstawia historię pewnej rodziny. Każda z osób do niej należąca, jest zupełnie inna. Wspólne są chyba tylko więzy krwi. Oraz wspólne przeżywanie śmierci głowy rodziny. Ale tak naprawdę w tej jednej historii plącze się ze sobą wiele innych wątków: przyjaźni, wyższej matematyce, rodzinnej mitologii, perseidach, życiu węgorzy i realnym socjalizmie.

Nie jest to typowa powieść. Brakuje dialogów – to strumień rozmów, refleksji, monologów, elementów poezji, eseistyki, wspomnień. I mnóstwo pytań. Bez odpowiedzi. Czy nadzieja ma sens? Czy bezdomne psy zostają przyjaciółmi? Czyja prawda jest prawdą nad wszystkimi prawdami? Miłość to mówienie tatusiowi, że go kochasz czy pranie jego zafajdanych prześcieradeł dwa razy dziennie, gdy leży w szpitalu?

Ta książka nie jest miła i łagodna. Jest ciężkostrawna, chwilami paskudna i brudna. Ale podobno krytycy literaccy uważają, że jest to najlepsza czeska książka najlepszego czeskiego pisarza. Warto po nią sięgnąć, by się przekonać czy tak jest.

Jan Balabán, Zapytaj taty

Joanna Krajewska (coach i trenerka umiejętności interpersonalnych)

Rok 2014, tak jak i poprzednie cztery upłynął pod znakiem lekcji, zadań domowych, wymagań, klasówek, kartkówek i powtórek. Nie, nie chodzę do szkoły, to mój syn jest uczniem piątej klasy szkoły podstawowej, a ja od tych kilku lat czuję, że coś jest nie w porządku. Grubo nie w porządku. Wolałabym uniknąć tych nerwów i kłótni, poczucia winy i zawodu, pośpiechu oraz drobnych manipulacji. Żyję jednak w społeczeństwie, które wykształcenie stawia sobie na piedestale, pochodzę z rodziny, w której to dopiero moje pokolenie zdobyło wyższe wykształcenie, zaciągnąwszy u swoich spracowanych rodziców pożyczkę nie do spłacenia. Jak więc ja, dla której wiedza, umiejętności i rozwój są tak ważne miałabym nie tworzyć sprzyjających warunków swojemu dziecku, by osiągnęło to samo? Tak więc ja, która już wiem bardzo dokładnie, dzięki książce Jespera Juula Kryzys szkoły, czym różni się poczucie własnej wartości od pewności siebie, jak ważne są wewnętrzna motywacja i intuicja mogę zrobić sobie noworoczne postanowienie, że w kolejnym roku naprawdę zaufam sobie i stworzę przestrzeń mojemu dziecku, by osiągnęło, co chce. Być może polskie szkoły nie zmienią się zbyt szybko, jednak nie ma co się na nie zbytnio oglądać, jestem pewna, że dogonią rodziców, którzy zaczną zachowywać się inaczej niż ci opisani przez Juula:

„Wśród całej tej mizerii szkolnej najbardziej dziwi mnie zachowanie rodziców: niemal bez słowa podporządkowują się wszechobecnej presji i dopasowują do panujących okoliczności. A przecież oni też cierpią z powodu presji szkoły i często na nią narzekają. Mimo to przekazują ją dalej swoim dzieciom, jakby było to jakieś zjawisko naturalne, z którym nic się nie da zrobić. Jest to tym mniej zrozumiałe, że obecna sytuacja w szkołach obciąża wzajemne relacje między rodzicami i dziećmi i wystawia ich na niepotrzebny stres. A z relacjami międzyludzkimi jest tak samo jak z komórkami naszego ciała: kiedy zbyt długo funkcjonują w stresie, ich działanie zostaje zaburzone.”

Jesper Juul, Kryzys szkoły. Co możemy zrobić dla uczniów, nauczycieli i rodziców

Agnieszka Pawłowska (nauczyciel MBSR)

Książka, która najbardziej urzekła mnie w minionym roku, to „Medytacja dzień po dniu” Christophe’a Andre. Przeczytałam w ciągu ostatnich lat wiele pozycji dotyczących medytacji i uważnego życia, jednak ta książka okazała się wyjątkowa. Powodów tej niezwykłości jest kilka. Jest to nie tylko praktyczny, ale wprost poetycki podręcznik przybliżający czytelnikowi temat uważności. Autor dzieli się swoimi osobistymi przemyśleniami, używając nieskomplikowanego języka – trafiającego do każdego odbiorcy. Dodatkowo, oprócz walorów dotyczących treści, cała książka wypełniona jest pięknymi obrazami pomagającymi odczuwać to, o czym czytamy. Książkę tą czyta się z wielką przyjemnością, zyskując równocześnie nowe, uważniejsze, spojrzenie na świat. A oto jedna z lekcji, którą przekazuje nam autor i którą warto zatrzymać w sobie na nadchodzący Nowy Rok: „Uważność (…) zachęca nas, byśmy bardziej smakowali życie, dokonywali wyborów, dążyli do celów, nie myląc jednak siebie z nimi, nie uczepiając się nadmiernie sukcesu czy doskonałości. (…) Chodzi o to, by robić co w naszej mocy, będąc całkowicie świadomym i w pełni obecnym, nie podporządkowując jednak naszego wysiłku, który zależy od nas, ostatecznemu rezultatowi, który zależy nie tylko od nas. Bardziej niż przekraczanie (siebie lub, co gorsza, innych) interesuje nas spełnienie: chodzi o to, by nie myśleć więcej o swoim życiu w kategoriach zwycięstw i porażek, lecz doświadczeń, które nas budują”.

Christophe Andre, Medytacja dzień po dniu. 25 lekcji uważnego życia

Katarzyna Rawska (psycholog i psychoterapeutka)

Irvin Yalom – znakomity psychoterapeuta, to bez wątpienia najważniejszy dla mnie autor mijającego roku. Każda jego książka, którą przeczytałam, pozostawała w moich myślach (zarówno tych związanych z rozwojem zawodowym, ale też osobistym) przez długi czas. Wybór jednej książki był więc niezwykle trudny. Wszystkie są wyjątkowe. Postanowiłam jednak napisać kilka słów o „Wzywam policję”. To krótkie opowiadanie zawiera w sobie wszystko, co cenię w jego książkach. Yalom powiedział w jednym z wywiadów: Zamiast używać historii do zilustrowania teorii, jak robiłem to w moich podręcznikach odwróciłem porządek i pozwoliłem, by sama historia uczyła.(…) I tak zacząłem pisać zbiory opowiadań. Nie inaczej jest i tym razem. “Wzywam policję” to doskonałe studium przypadku. Na kilkudziesięciu stronach opisana jest historia Boba (przyjaciela autora), któremu przyszło żyć w czasie wojny. Te okoliczności wpłynęły na jego późniejsze życie, zdeterminowały podejmowane decyzje i działania – nawet wtedy, gdy był oddalony od wojennych okrucieństw o dziesiątki lat. Historia, z jednej strony, jest pretekstem do pokazania i wyjaśnienia mechanizmu wyparcia. Ta opowieść pokazuje, że nie ma przypadkowych działań i myśli – za każdym razem są one głęboko uzasadnione. Ponadto, opowiadając tę historię, Yalom zatrzymuje się też przy dynamicznej relacji mówiącego i słuchającego (pacjenta i terapeuty) – pokazuje znaczenie postawy terapeuty dla całego procesu. Ilustrują to słowa Yaloma: Czy ja byłem gotowy słuchać? Czy kiedykolwiek byłem gotowy to usłyszeć? Problem nie tkwił tylko i wyłącznie w tym, że Bob nie chciał mówić o przeszłości; ja też nie chciałem o niej słuchać. Łączyła nas zmowa milczenia. W tym opowiadaniu jest coś jeszcze. Ono prowokuje szereg pytań, które sama sobie zadaję: jak to się stało, że jestem właśnie tutaj, właśnie teraz? Splot jakich okoliczności do tego doprowadził? Dlatego podjęłam decyzję o wyborze tego zawodu? Dlaczego w jakichś okolicznościach zrobiłam właśnie to, a nie coś innego? Dlatego obok książek Irvina Yaloma nie przechodzi się obojętnie. Bo historie w nich zawarte pobudzają do refleksji. Nagle, bez pytania, wyrywają z często automatycznych zmagań z codziennością i każą się zatrzymać. Dobrze, że są takie ksiażki. Dobrze, że jest Yalom.

Yalom, Wzywam policję

Maria Sitarska (psycholog)

Kiedy myślę o książce, która wyraźnie mną tąpnęła w tym roku, szczególnie jakoś zapadła, to muszę napisać o książce Jona Kabata-Zina „Życie, piękna katastrofa”. Dlaczego tak? Ano z powodu całkiem jeszcze innej książki, która uformowała mnie w dzieciństwie – „Greka Zorby” Nikosa Kazantzakisa.

Kabat-Zin przywołuje roztańczonego Greka pisząc o uważnym byciu w teraźniejszości. To moja ulubiona filozofia, że w życiu warto żyć do szpiku kości, bez półśrodków, ze smakiem i wielobarwnie. Kabat-Zin pisze jednak o czymś więcej – o umiejętności uważnego bycia w samym środku katastrofy – zpodniesioną głową, ze spokojem, z akceptacją i obserwującym przyzwoleniem. To może być choroba, wyzwanie ponad siły, przemęczenie, rozwód, codzienne frustracje – katastrofy różne mają imię. Ważne, że z trudności wyłania się inne wyjście niż ucieczka. „Życie, piękna katastrofa” to książka o zgodzie – na siebie w całej naszej wspaniałej złożoności, na życie, na chwile piękne i chwile trudne. I tej zgody na świat takim jakim jest życzę również Państwu.

Jon Kabat-Zinn, Życie piękna katastrofa

Sabina Sadecka (psycholog i psychoterapeutka)

Po co miałabym czytać książkę o opiece nad osobą chorą na chorobę Alzheimera? – pomyślałam, gdy mignęła mi w sieci okładka ksiażki Andrei Gillies. A jednak chwilę potem pisałam już o niej w mailu do zaprzyjaźnionego księgarza. Może jednak mam teraz ochotę na coś bardziej optymistycznego? – próbowałam jeszcze pertraktować sama ze sobą zanim wsiąknęłam w tę książkę na dobre. Nie udało się. Z każdym rozdziałem autobiograficznej opowieści Gillies miałam poczucie przechodzenia na kolejny – głębszy, bardziej duszny i ciasny – piekielny krąg. Tym też wyraźniej dzwoniło mi w uszach wyryte nad bramą Dantejskiego piekła: Lasciate ogni speranza, voi ch’entrate. Współczując losu bohaterkom (jak sądzicie – której bardziej?), zadawałam sobie samej podczas lektury dziesiątki pytań: Czy pomaganie osobie niezdolnej do samodzielnego życia i wikłanie się to synonimy? Czy koniecznie musimy sobie jakością opieki nad osobami bliskimi coś udowadniać? Gdzie są granice poświęcenia i wyobcowania? Był też szereg pytań przyziemnych, obecnych zresztą na kartach ksiażki Gillies – Dlaczego mamy choroby medialne (np. rak) i te spychane na dalszy plan publicznego zainteresowania? Co ta hierarchią popularnych chorób oznacza w praktyce dla chorego? Były też pytania filozoficzne: Gdzie kończę się ja? Czy istnieje tożsamość bez pamięci? Nie, nie znalazłam odpowiedzi na powyższe pytania. I choć bardzo mi z nimi niewygodnie, zostały w mojej głowie do dziś. Wychodząc jednak z piekła Andrei Gillies spojrzałam na swoje życie z – tak ulotną na co dzień – wdzięcznością. Dobrze jest żyć i pamiętać, co się przeżyło. Tak po prostu.

Andrea Gillies, Opiekunka. Życie z Nancy. Podróż w świat alzheimera.

Zestawiła i skomentowała: Sabina Sadecka.

FreshMail.pl