Podobno był moment w moim życiu, w którym nie potrafiłam czytać. Piszę „podobno“, bo serce podpowiada mi coś zupełnie innego. Książki były przecież w moim życiu obecne od zawsze. Gdy myślę o swoim dzieciństwie, to niezmiennie  widzę się zatopioną w lekturze „Ani z Zielonego Wzgórza“, „Chatki Puchatka“ czy pięknie ilustrowanych „Baśni radzieckich“. OD ZAWSZE.

Z bólem, i jedynie na logikę, muszę  jednak przyznać, że było nieco inaczej. Że czytać nauczyłam się dopiero w pierwszej klasie podstawówki. Sprawnie i szybko, jakby ta umiejętność była we mnie od zawsze, ale jednak dopiero wtedy.

Wcześniej nie przeczytałam niczego sama, to mi CZYTANO. I właśnie o tym chciałam przy okazji dzisiejszej recenzji Wam napisać. Miłość Waszych dzieci do książek nie narodzi się w próżni. Nie mają jej też najpewniej w genach. Miłość do czytania to coś, na co musicie sobie Wy, ich rodzice, zapracować. Aczkolwiek jest to praca, która – wśród trudów rodzicielstwa – wydaje mi się najpiękniejsza.

Dzięki  czytaniu Wasze dzieci będą uczyć się empatii, nawet wtedy, gdy Was przy nich nie będzie [a nawet i w przypadku, gdy Wy nie będziecie wobec nich zbytnio empatyczni]. Ich mózgi – dzięki regularnej lekturze – rozrosną się i to w obszarach dla zdrowia psychicznego najważniejszych [kora przedczołowa osób regularnie czytających beletrystykę jest grubsza i sprawniej działa niż u nie-czytających]. Łatwiej będą zapamiętywać fakty, ich wyobraźnia – stale stymulowana lekturami – będzie rozkwitać, nie więdnąć. O wiele później – jeśli w ogóle – dopadnie ich w dorosłym życiu demencja.  I w końcu – może to Was najbardziej przekona – więcej czasu z książkami, oznacza mniej ze smartphone’ami. A o to warto powalczyć!

Gdy myślę o tych wszystkich dobrodziejstwach czytania z dzieckiem i dla dzieci, tym bardziej uśmiecham się do takich pozycji jak obrazkowe „Roboty“ Pawła Kłudkiewicza. Pięknie narysowana, wciągająca zarówno rodzica, jak i – nawet bardzo małego – czytelnika. To książka, którą można rozpocząć przygodę małego człowieka z czytelnictwem i trzymać ją na półce długie lata, sposób jej wykorzystania zależy bowiem tylko od Waszej [rodziców i dzieci] wyobraźni.

Poza czystą przyjemnością odnajdywania  na kolejnych stronach bohaterów o fantazyjnych nazwach [„Robotstein“, „Fotobot“, „Hulajbocik“, „Pan Procesor“], „Roboty“ zaznajamiają małego czytelnika również z podstawami liczenia i składania wyrazów z liter. To także [a może przede wszystkim] wyczerpujący i fascynujący przewodnik po świecie, i to wcale nie robocim, ale naszym ludzkim. Można będzie z dzieckiem – przy okazji lektury – porozmawiać o porach dnia, porach roku, zwyczajach jedzeniowych, jedzeniu, malarstwie, muzyce [mój ulubiony robot-saksofonista!], życiu na lądzie i życiu pod wodą, życiu w naszej galaktyce i poza nią… Wykorzystajcie „Roboty“, dar Pawła Kłudkiewicza dla swojego własnego synka, [ale po części i dla Waszych dzieci], do rozmawiania z nimi o ważnych sprawach robotów, ale przede wszystkim o tym, co jest dla nich najważniejsze.

Czytajcie i rozmawiajcie ze swoimi dziećmi jak najczęściej. Bez Was – wierzcie mi – ich kora przedczołowa się tak imponujaco nie rozrośnie.

 Paweł Kłudkiewicz [2016], Roboty. Wydawnictwo Babaryba.

Książka do kupienia tutaj.