Oczywiście, można się zgubić na wrzosowiskach, ale jeśli się człowiek nie zgubi, to nie odnajdzie samego siebie.
Fragment książki

Zwykle nie sięgam po kryminały. Coś mnie jednak do tego tytułu mocno przyciągało. I choć morderstwo było tłem całej historii, to zdecydowanie nazwałabym ją niezwykle starannie skonstruowaną powieścią psychologiczną. Mimo braku zaskakującego zakończenia i emocjonujących zwrotów akcji, odkrywanie umysłowych potyczek Marii było dla mnie trudną i refleksyjną przygodą.

Główna bohaterka, jak sama wspomina, „miała kiedyś dzieciństwo”. Nie trwało ono długo – tragiczny wypadek odebrał jej ukochaną siostrzyczkę, a rodzicom najmłodszą córkę.  Rodzina nie potrafiła przeżyć żałoby, nigdy nie uleczyła ran powstałych w wyniku tej okrutnej starty, nastała cisza. Śmiertelna – dosłownie, ale i w przenośni, bo uśmierciła wszelkie uczucia panujące w domu dorastającej Marii. Mama, „kiedy siedziała sama w pogrążonym żałobą domu, myślami sprowadziła do swego ciała raka”. Tata zmarł niedługo potem. A życie bohaterki stało się puste. Tak jak i ona sama – silne mechanizmy obronne, niedopuszczające do kobiety ogromu cierpienia i bólu, wyniesione z domu wspomnienie milczących ust, brak ciepła i pociechy. Ta historia mogła potoczyć się inaczej. Maria dostała szansę – depresja po urodzeniu córki zaowocowała silną więzią z terapeutką, którą bohaterka czule wspomina mimo upływu lat. A jednak. Zablokowany zawór emocji takim właśnie pozostał, posuwając bohaterkę do czynu bestialskiego. Dlaczego więc, z każdą kolejną kartką nie potrafiłam wzbudzić w sobie potępienia i złości wobec kobiety?

„Żywi i umarli w Winsford” to powieść o niesamowitym klimacie, który tworzą nie tylko rozległe wrzosowiska i zimowe spacery skrytymi ścieżkami, lecz również z precyzją opisywane przeżycia wewnętrzne Marii i liczne retrospekcje, pozwalające czytelnikowi poznawać szczegóły dotyczące bohaterów drugoplanowych, a co za tym idzie – budować własną opinię na temat zaistniałych okoliczności. Akcja dojrzewa powoli, wprowadzając nas w sytuację, lecz zanim się obejrzałam, byłam już całkowicie pochłonięta losami kobiety.

„Bo tak, jak się przeżyje jeden dzień, można przeżyć i wszystkie inne”, twierdzi Maria, rozwieszając swe życie między śniadaniem, spacerem, kieliszkiem wina, a snem. A przyświeca jej tylko jeden cel – chce przeżyć swojego psa. Bohaterka nie potrafiła płakać, lecz co za tym idzie – nie umiała się również śmiać. Spróbujmy więc wyobrazić sobie, jak podle przedstawia się codzienność, której brak… wszystkiego co ludzkie.

I tak sobie myślę, że powieść ta może być dobrą przestrogą dla każdego z nas, nawet jeśli dzieciństwo nie było dla nas czasem straty i braku. Przestrogą przed brakiem łączności ze swymi emocjami, przed skrywaniem ich pod maską uśmiechu. Nie lubimy czuć bólu, lęku, nie chcemy cierpieć. Lecz wyłączając emocje „złe”, pozbawiamy się umiejętności czucia w ogóle.

Maria zgubiła się raz na wrzosowiskach.

Niestety. Nie pomogło jej to w odnalezieniu samej siebie.

Książkę znajdziesz TUTAJ.

Natalia Stasiowska