Być może kiedy posuwamy się dostatecznie daleko w głąb, zawsze natrafiamy na element smutku, jako że pełna znajomość samego siebie zawsze obejmuje świadomość upływu czasu. Ale dopiero kiedy zdobędziemy tę świadomość i pogodzimy się z nią, wszystko nabiera właściwych wymiarów, a my zaczynamy odczuwać, że po prostu żyjemy. Tylko ta świadomość jest na tyle obszerna, by pomieścić życzliwy stosunek do wszystkiego, co musimy utracić – do każdego momentu naszego życia, do innych ludzi.

Ewa Hoffman „Zagubione w przekładzie”

Przeżywanie z drugą osobą chwil rozpaczy, cierpienia, bólu, strachu, upokorzenia to chyba najtrudniejsza lekcja, jaką nam życie może zafundować. Trudno ją przyjąć z otwartymi rękoma, niejednokrotnie ma przecież moc zmiatania z powierzchni zmieni. Strąca stary porządek, odsłania nasze zaniedbania, burzy przeróżne iluzje, a pozostawia tylko to co autentyczne, bezwarunkowe, pełne. Ze wszystkimi protezami, przekłamaniami, wewnętrznymi oszustwami, sytuacja z kategorii ostatecznych, szybko się rozprawia. A przede wszystkim, wystawia na próbę wartości, jakimi żyjemy i sprawia, że jeśli wirowały w pyle zdarzeń, teraz widzimy je jak na dłoni.

Profesor Łukaszewski w „Udręce życia, jak ludzie radzą sobie z lękiem przed śmiercią” mówi tak: Kontakt ze śmiercią prawie zawsze budzi Ja. Nawet Ja najbardziej otorbione, najbardziej harde i nieczułe. Śmierć nieodmiennie ma ton osobisty. Nieważne, czy chodzi o zabitego drozda, czy o kota zmasakrowanego przez samochód, czy wreszcie o człowieka, który zasłabł na ulicy i nikt nie zdołał go uratować. Nie musi to być nasz drozd lub kot, nie musi to być bliski nam człowiek. Być może ten osobisty ton pojawia się zawsze wtedy, gdy stykamy się z czymś nieuchronnym, nieodwracalnym, niezależnym od naszych pragnień i naszych działań.

W całej trudnej sytuacji moment zbudzenia Ja zwykle daje nadzieję – „może moje życie nie było usłane różami, coś tracę, z czymś żegnam się na zawsze, ale nie chce zmarnować już ani jednej chwili”. Takie przemyślenia wyzwalają konkretną energię do działania, czasem agresję do burzenia starego porządku, czasem smutek i melancholię do opłakania i pożegnania tego, co nieuchronnie odchodzi i refleksji o tym, jaka definicja siebie odchodzi wraz z tym zdarzeniem.

O niebo trudniej jest jeśli taka sytuacja odsłoni nas takich, jakimi sami nigdy nie chcielibyśmy się poznać. W mojej praktyce słyszę czasem „wolałabym tego nigdy nie przeżyć”, to zdanie pada nie ze względu na trudność samego zdarzenia, ale na trudność skonfrontowania się z obrazem samego siebie – czasem buńczucznego, nieufnego, przerażonego, zalęknionego lub skoncentrowanego przede wszystkim na swoich potrzebach.

Przychodzi mi do głowy pewna scena w szwedzkim filmie Rubena Ostlunda „Turysta”. Rodzina z dwójką dzieci spędza nieomal sielankowy wypoczynek we francuskich Alpach, gdy ich spokój naruszy lawina schodząca prosto na taras restauracji, gdzie beztrosko biesiadują. Ona instynktownie osłania dzieci przed tragedią, on zaś pośpiesznie ucieka, pamiętając jedynie o swoim telefonie komórkowym. Ta sytuacja, jak w soczewce, kanalizuje małżeńskie problemy tej pary i staje się ostatnią kroplą goryczy, także dlatego, że Tomasowi trudno przyjąć obraz siebie, jaki w tej sytuacji zobaczył. Przechodzi zatem do defensywy, walczy, oskarża i wpada w szał, a wszytko po to, by tej lekcji życiowej nie odrobić.

Oba warianty odsłonięcia prawdziwego Ja mają w sobie nadzieję i wyzwanie. Jeśli kryzys odsłonił coś autentycznego, to zamiast poprzestać na nazwaniu tego, warto zastanowić się, ile z tej autentyczności okazujemy w naszym codziennym życiu, jakich zmian wymaga nasza codzienność, by być bliżej siebie, jakich poważnych decyzji, jakich kosztów, a czasem jakich strat. Co chcielibyśmy w rytmie dnia robić zupełnie inaczej, by zasypiając mieć świadomość, że nasze autentyczne Ja spędziło z nami choć kilka ważnych godzin. Natomiast, gdy obraz w lustrze, jaki nam się wyłonił, budzi chęć ucieczki, warto uczynić dokładnie odwrotnie i pozostać z tym brzydkim obrazkiem. To daje siłę, którą ma w sobie tylko prawda.

To jest zadanie niełatwe, gdyż krzywda, jakiej doznał ktoś bliski, jego ból, upokorzenie pokazuje nam także nasz ból, rozdarcie i skrzywdzenie. Uciekanie bywa mniej bolesne, jak w najnowszym filmie Ashgara Farhadiego „Klient”. Rana i Emad przeprowadzają się do nowego mieszkania, trochę naprędce, ale nie mają wyjścia, koparka naruszyła konstrukcję budynku w którym mieszkali. Potrzebna była ewakuacja. Z pomocą przychodzi im kolega z teatru. Wynajmuje im świeżo zwolnione mieszkanie. Co prawda, poprzednia lokatorka nie zabrała jeszcze wszystkich swoich rzeczy i w dziwnych okolicznościach postanowiła się wyprowadzić, ale pragnienie stabilności u tej dwójki przeważa nad obawami. Niedługo po przeprowadzce, kapiąca się Rana słyszy dzwonek do drzwi. Niewiele myśląc, otwiera je i wraca do łazienki, będąc przekonana, że to wracający z zakupami mąż. Brutalne pobicie oraz gwałt będące konsekwencją tego nieporozumienia to doświadczenie, którego w żaden sposób przyjąć nie chce Emad. Na wszelkie sposoby walczy z nim, miota się, nie potrafi dać oparcia przerażonej i zawstydzonej żonie. Tak jakby przyzwalając jej na strach i bezradność sam doznawał tych uczuć w spotęgowany sposób. Widać jak złość, rozpacz i urażona duma rozpiera go od środka, by w końcu znaleźć swoje ujście w planie samotnego zidentyfikowania sprawcy, skonfrontowania go z niecnym czynem, a w końcu upokorzenia na oczach rodziny. W całym kierowanym zemstą i pomszczeniem krzywd planie nie ma ani odrobiny miejsca dla Rany – ofiary przemocy, dla której nawet pozostanie samej w domu to wyzwanie ponad siły. To lekcja, której Emad nie bierze i dlatego musi zdewaluować i upokorzyć kogoś innego, by w żadnym stopniu nie dotknąć swego upokorzenia i bezsilności.

Rewersem tej sytuacji są doświadczenia tytułowego „Opiekuna” w filmie Jamesa Franco. David opiekujący się terminalnie chorymi pacjentami niejedną utratę ma już na swoim koncie. Także tę najdotkliwszą, wbrew porządkowi czasu, jaką jest śmierć własnego dziecka. Swoich podopiecznych poznaje w sytuacji, gdzie nie ma już żadnej nadziei na odwrócenie losu. To, co pozostaje to wierne towarzyszenie. I David robi to najpiękniej jak potrafi, będąc blisko, ale jakby świadomie ignorując przygnębiający charakter sytuacji. W jego zachowaniu widać wiele szacunku dla życzeń swoich podopiecznych i cichą obecność w sytuacjach upokarzających. Nade wszytko jednak widać oko nastawione na poszukiwanie wszelkich przejawów życia i pasji u odchodzących. Jak w sytuacji, gdy sparaliżowanemu architektowi przynosi własnoręcznie wykonane zdjęcia jego najważniejszych realizacji, lub gdy traktuje jego przejawy rozbuchanej seksualności jako wolę i siłę życia i nie zawstydza go mimo, że brzmią one prowokacyjnie i zaczepnie. To tak, jakby patrzył wgłąb obrazu, a nie zatrzymywał się na pierwszym planie, jakby uparcie właśnie z tym drugim planem rozmawiał, będąc przekonanym, że tylko w tej perspektywie możliwe jest pełne spotkanie dwóch odsłoniętych Ja.

Życzę wam wielu ważnych obrazów tego lata, nie tylko dzieł sztuki z głównego kanonu, ale także tych brzydkich, umorusanych obrazków. Każdy z nich daje wam szansę na spotkanie odsłoniętego Ja i pozostawienie tego otorbionego i opatulonego. Pogoda sprzyja…

Anna Olszewska-Konopa