„Próba miłości” ma formę dialogu pomiędzy małżonkami, którzy opowiadają swoją wspólną historię. Sprawia to, że czytelnik czuje się, jakby został zaproszony na chwilę do domu autorów – dyskretnie przysiadł na fotelu w pokoju i przysłuchiwał się niezwykle intymnej, pełnej emocji dyskusji. Trudno bowiem pozostać obojętnym dla tej historii, która wywołuje raz śmiech, raz niedowierzanie, następnie zgrozę, ulgę, a na końcu… No właśnie, czy zakończenie tej historii jest szczęśliwe?

Państwo Klejnoccy określają swoją książkę jako opowieść o tym, jak zostali rodziną zastępczą lub jako „dygresyjny dziennik podróży rodzinnej”. Ja bym dodała, że książka jest czymś  więcej: kompendium wiedzy dla każdego, kto chciałby dowiedzieć się, jak wyglądają w Polsce procedury ustanowienia pieczy zastępczej z punktu widzenia osób starających się o to i spojrzeniem na życie dzieci, które pozostają pod opieką wychowawców w domach dziecka. Jest to również (a może przede wszystkim?) swoistą formą autoterapii, pomagającej w odpowiedzi na wiele pytań, z którymi autorzy zostali po wyprowadzce swojej trzeciej córki.

Jeżeli więc chodzi o kwestie merytoryczne, autorzy przekazują nam mnóstwo konkretnej wiedzy. Opisują drogę formalno-prawną, którą każdy chętny do założenia rodziny zastępczej musi przebyć; dzielą się doświadczeniami z kursu przygotowawczego dla rodzin zastępczych i rodzin adopcyjnych; relacjonują niesamowitą ilość kontroli, inspekcji domowych, rozmów i testów, które musieli przejść. Dla kogoś, kto nigdy nie miał styczności z tymi mechanizmami działania prawa polskiego, sprawozdania te mogą brzmieć niewiarygodnie lub wręcz groteskowo. Chwilami czytelnik ma wrażenie, jakby opisywane zdarzenia miały miejsce w tzw. głębokim PRL-u, gdy państwo dążyło do pełnej kontroli i upokarzania obywateli poprzez przerośniętą biurokrację, piętrzenie wszelkich procedur urzędowych oraz formalizm w każdej kwestii.

W jaki inny sposób zareagować można na przykład na jedną z sytuacji, którą autorzy przytaczają? Miała ona miejsce w trakcie kontroli inspektorki z Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie, która przybyła do domu Państwa Klejnockich z naręczem formularzy: „Jeden z kwestionariuszy opisywał warunki lokalowe i był, trzeba przyznać, nieco kuriozalny. Czy dysponujemy kuchnią, lodówką, opiekaczami do chleba i kuchenką mikrofalową? Ale akurat kuchenką mikrofalową wtenczas nie dysponowaliśmy. Zwyczajnie nie była nam potrzebna, gotowaliśmy normalne obiady, a do odgrzewania potraw w mikrofali mamy generalnie stosunek krytyczny. Pani Inspektor zacukała się wyraźnie. Nie ma kuchenki mikrofalowej? To co ja mam wpisać w tę rubrykę? Nagle okazało się, że brak tego sprzętu stanowi jakiś istotny problem, być może ważący na urzędniczej decyzji o tym, że Asia może zamieszkać u nas.”

Zderzenie autorów z rzeczywistością domów dziecka w Polsce również nie pozostawia złudzeń: „Wychodziłem stamtąd maksymalnie wkurwiony i przybity jednocześnie. Po raz pierwszy zobaczyłem bliżej dom dziecka od środka i miałem wrażenie, że to bardziej połączenie koszar z prowincjonalną, zaniedbaną przychodnią zdrowia niż miejsce, w którym te wszystkie dzieciaki miały się jakoś rozwijać.” Na pewno nie wszystkie placówki wychowawcze tak wyglądają. Niemniej jednak Jarosław i Katarzyna Klejnoccy, tak jak większość z nas, po prostu nie mieli pojęcia, jak funkcjonują domy dziecka, dopóki – w sumie przez przypadek – nie spotkali na swojej drodze Asi. Można by oczywiście oskarżyć autorów o nadmierny krytycyzm, wynikający z braku obiektywizmu, zarzucić im zbyt wygórowane oczekiwania w stosunku do placówki i niedocenianie starań wychowawców. Można by, ale owe oskarżenia byłyby niestety bezpodstawne. Wystarczy przytoczyć fragment raportu Najwyższej Izby Kontroli z 2012 roku na temat sytuacji domów dziecka: „Tylko 3 proc. wychowanków domów dziecka to sieroty. Niemal 80 proc. ma oboje rodziców. Opieszałość sądów i skomplikowana sytuacja prawna porzuconych dzieci sprawiają, że postępowania adopcyjne wydłużają się nawet do ośmiu lat. Państwo wciąż faworyzuje finansowo tradycyjne domy dziecka, mimo że to rodziny zastępcze osiągają lepsze wyniki wychowawcze. Tylko w 3 z 28 skontrolowanych instytucji nie odnotowano aktów wandalizmu, agresji i przemocy, wymagających interwencji policji. Znakomita większość skontrolowanych placówek nie miała pełnej wiedzy o swoich podopiecznych. We wszystkich stwierdzono rozległe braki w dokumentacji. Brak przepływu informacji i chęci współdziałania utrudnia i tak już skomplikowaną sytuację dzieci.”

Asia spędziła ze swoją przybraną rodziną trzy lata i kilka miesięcy. Gdy nieformalnie stała się trzecią córką Państwa Klejnockich, była już prawie pełnoletnia i wcześniej wiele lat spędziła w domu dziecka. Ktoś więc mógłby stwierdzić, że te trzy lata i parę miesięcy to niewiele. Obiektywnie na pewno miałby rację – ale subiektywnie, kto wie? Bo, nie łudźmy się, Asia miała szczęście. Mało który nastolatek z placówki wychowawczej ma szansę wyrwać się z niej i doświadczyć innego życia. Rodziny adopcyjne starają się o możliwie najmłodsze dzieci, a do rodzin zastępczych też nie jest dorastającym dzieciom łatwo trafić. Asia miała więc, mówiąc może brutalnie, podwójne szczęście: że ktoś się nią zainteresował mimo jej „podeszłego” wieku i że ten ktoś nie zrezygnował w trakcie długiej, pełnej frustracji drogi formalnej. Katarzynie i Jarosławowi Klejnockich należą się więc wyrazy uznania. Zrobili dobrą rzecz.

Nie oznacza to jednak, że wszystko jest teraz dla nich jasne. Że siedzią sobie przy stole i spokojnie wspominają wspólne wyjazdy, posiłki, rozmowy. Zaryzykuję twierdzeniem, że spokój dopiero się w nich pojawi, a napisanie wspólnej książki jest metodą poradzenia sobie ze wszystkimi niezwykłymi doświadczeniami, jakie miały miejsce, gdy w ich codzienność wkroczyła Asia „niczyja”. Nie jest przecież łatwym zadaniem wrócić do spokojnej codzienności po próbie pokochania cudzego dziecka, po doświadczeniach odrzuconej bliskości, po uświadomieniu sobie, że nigdy nie będzie się traktowanym jak pełnoprawny rodzic, mimo ogromu włożonego wysiłku. Henry Miller twierdził podobno, że pisanie to „zszywanie otwartej rany”. Wydaje się, że w przypadku pisania „Próby miłości” mogło to być prawdą.

Jest to książka, którą koniecznie trzeba przeczytać. To historia doświadczeń jednej wyjątkowej rodziny, ale tak naprawdę są w niej zawarte doświadczenia rodziny każdego z nas. Padają tam pytania o to, jak tworzą się relacje w rodzinie, w jaki sposób należy rozmawiać z najbliższymi, czy dzieci kochają nas z założenia, mimo że nie zawsze na to zasługujemy. I jeszcze: czy potrafimy kochać nasze dzieci – biologiczne czy przysposobione – mimo tego, że nie są doskonałe i nie do końca spełniają nasze oczekiwania? Czy wychowanie dzieci musi zapewniać nam poczucie „wypasionego sukcesu”, czy wystarczy mały „sukcesik”, a może nawet „umiarkowana klęska”?

Możliwym jest, że w tekście ktoś znajdzie swoje odpowiedzi na te pytania. A nawet jeżeli nie, to na pewno i tak warto zatrzymać się na chwilę i posłuchać tego, co chcą nam opowiedzieć Katarzyna i Jarosław Klejnoccy.

„Próba miłości. Jak pokochać cudze dziecko.”
Katarzyna i Jarosław Klejnoccy
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.

Wiktoria Jaciubek

FreshMail.pl