Szczecin, 25 XII 2020

“Here is the world. Beautiful and terrible things will happen. Don’t be afraid.” (Frederic Buechner)

Koniec 2019 wyrwał mnie samą z siebie z korzeniami. Wirowałam w przestrzeni i w tym wirowaniu miałam do siebie same pytania i żadnych odpowiedzi. Nitki tożsamości pozrywały mi się nagle i brutalnie zostawiając mnie w przerażającej wtedy przestrzeni “nie wiem” (po miesiącach ten burzliwy proces wykorzenienia i odkryć, które on przyniósł symbolicznie, a zarazem w bardzo osobisty sposób opisałam tutaj.)

Przyglądałam się wtedy swojemu  wewnętrznemu chaosowi, równocześnie czytając książkę “Stając się sobą” Yaloma. Ta styczniowa lektura być może była zapowiedzią tego, co się w 2020 jeszcze wydarzy (i o czym jeszcze tu napiszę), a może jednak mówimy tu o zupełnych przypadkach. Co pewne to to, że u Yaloma znalazłam wtedy, u zarania 2020, maleńki kawałek gruntu. Wzięłam sobie to coś, co wyczytałam w “Stając się sobą” głęboko do serca i postanowiłam, że 2020 będzie (po prostu!) o najważniejszych dla mnie sprawach. Że najbardziej na świecie chcę być bezpieczną bazą dla moich dzieci – to raz.  Że będę z otwartością odpowiadać na zaproszenia od życia (a nie od swoich lęków) – to dwa. I że będę hojnie dzielić się tym, co mam, bo w łączności i interakcji zawsze odnajduje mnie spokój – to trzy. I może jeszcze jedno, czwarte:  że w tych trzech najważniejszych zadaniach będę szukała równowagi.  Wszystko, co się wydarzyło w moim 2020 było w pewnym sensie wypadkową tych czterech drogowskazów (choć od razu przyznam, że z ostatnim to mi się naprawdę niewiele udało :)). 

“Widzę cię” jako synonim prawdziwej relacji

W 2020 powiedziałam STOP wszystkim relacjom, w których przestałam być widziana. Mam dużą zdolność do widzenia ludzi, ale też i do znikania. I niedostrzegania, że ktoś nie dostrzega mnie. 2020 był zatem o sprawdzeniu, kto na pewno mnie widzi i to taką, jaką jestem dziś – z moimi potrzebami, z tym, co we mnie nowe i z tym, co we mnie żywe. 2020 był zatem o porzuceniu iluzji, że relacje mogą przetrwać tylko siłą woli. Albo deklaracjami. Jeśli w relacji się nawzajem nie widzimy, to najpewniej czas na pożegnanie. O tym też jest m.in. ta rozmowa z pisarką Lindsay Gibson, która mi się w 2020 przydarzyła i pozwoliła uporządkować myśli w temacie tego, co oznacza bliskość. I – dzięki niej – jeszcze raz mogłam sprawdzić, czy traktuję siebie tak, jak traktuję osoby, które kocham najbardziej na świecie.  Być może też dlatego pod koniec roku przyszedł mi do głowy taki tekst, o niematerialnych i mocno relacyjnych prezentach, o których nieustająco marzę (choć 2020 dał też ich sporo <3).

“Jestem czasownikiem” czyli mogę popełniać błędy

Mój 2020, szczególnie od kiedy pojawiła się w nim dla mnie pandemia, najbardziej kojarzy się z wolnością. Uwolnił mnie od mojego bycia w mojej głowie, uwolnił mnie do działania i do dzielenia się wiedzą. W wymiarze osobistym wygonił z mojego życia szamotanie się, pozwolił zobaczyć moje skomplikowane, piękne, pełne, momentami bolesne życie takim, jakim ono jest i nie katować się tym, czym nie jest (najbardziej oddaje ten pełen emocji i pełen przestrzeni proces ten oto  mój tekst z czerwca tego roku). 

W wymiarze zawodowym ten rok uwolnił kreatywność i zaufanie do swojej wiedzy. I swojego serca, które okazało się ważniejsze niż mój mózg (niby zawsze to wiedziałam, aleee…. jednak wcześniej nie do końca). Pozwolił mi też zobaczyć siebie jak czasownik, czyli osobę, która może wychodzić do świata taka jaka jest i stale się uczyć (a zatem i popełniać błędy). Na fali tej wolności w 2020 przeprowadziłam 22 webinary (22! sama jestem tą liczbą porażona; do 2020 przeprowadziłam tych webinarów zero)! Nauczyłam się dzięki temu dzielić tym, co wiem i to dzielić nieodpłatnie (dziesiątki  godzin wiedzy poleciały do Was w 2020 bez pobrania za to od Was złotówki), z miłością do Was i z łagodnością wobec mnie samej. Hasztag #wiedzaimilosc, który ukułam w pandemii pozwolił mi ukierunkować to moje webinarowe zaangażowanie w najważniejszych dla mnie kierunkach. Ta wolność odblokowała też przepływ miłości, jakiej codziennie (I mean it! CODZIENNIE!) doświadczałam od Was. Pisałyście i pisaliście do mnie w tym roku tyle pięknych, czułych, mądrych, niezwykłych, pokrzepiających słów, że aż zapiera mi dech na niektóre z nich (nie “niektóre”! na zdecydowną większość z nich).  Słowa od Was są tak wzruszające, że aż trudno mi je czasami do końca doczytać. Ten rok był dla mnie dzięki nim rokiem światła od ludzi. Światła od Was. I chociażby dlatego, to był najpiękniejszy rok mojego życia (POMIMO tak wielu rzeczy). Dziękuję Wam za to!

“Get in  good trouble.” (John Lewis)

To był odważny rok. Rzuciłam szkołę terapii, z którą nie było mi po drodze. Rzuciłam terapię z ważnych dla mnie powodów. Zaczęłam terapię w egzotycznym dla mnie nurcie. Zapisałam się na czeski. Przeprowadziłam 13 ACT-owych warsztatów! Zapisałam się do nowej szkoły terapii i – gdy tylko okazało się, że nie mogę w niej z przyczyn formalnych wziąć udziału –  w kilka dni zmobilizowałam się i zawalczyłam o nią tak, jak o nic merytorycznego nie walczyłam nigdy wcześniej (kto śledzi mój profil na instagramie, wie, że chodzi o trzyletni kurs Somatic Experiencing, który zacznę w lutym 2021).

Zaczęłam myśleć o terapii ACT jak o czymś, co może zmienić świat i zaangażowałam się mocno w jej propagowanie (zupełnie nieodpłatne, ale i płatne w ramach ACT-owej Rewolucji).

Umówiłam się ze sobą na sztywno, że pracuję terapeutycznie w 3 dni w tygodniu i dotrzymałam słowa.

Zamieszkałam w pierwszym lockdownie w lesie i spędziłam tam miesiące na rozpoznawaniu roślin i grzybów i testowaniu przepisów z dzikimi roślinami jadalnymi. I na poznawaniu moich dzieciaków na nowo (to są niezwykłe dzieciaki, mówię Wam!). 

Nie pozostałam neutralna w trakcie Strajku Kobiet i zajęłam w jego sprawie  mocne stanowisko, które zresztą jest ze mną w niezmienionej formie do dziś (wiele z mojej edukacyjnej działalności od października wynikało właśnie z niego). 

Odważyłam się też rozmawiać po angielsku publicznie i na żywo (rozmowa z Rikke Kjelgaard o rezyliencji i terapii traumy). 

Struktura w chaosie

Niewiele mam w tym obszarze osiągnięć w 2020. Ale na pewno pozwolił on mi przekonać się jak bardzo tej struktury potrzebuję. Udało mi się za to w tym roku regularnie ćwiczyć jogę. Moim marzeniem było ćwiczenie jej regularnie 3 razy w tygodniu i dopiero w grudniu 2020 udało mi się znaleźć ten wymarzony, trzeci termin w moim kalendarzu. Regularnie dbałam też o to, co ważne w moim życiu, czyli o języki obce.

Moje życie zawodowe w 2020, choć niezwykłe i bogate, nie miało żadnej struktury, niewiele celów i żadnej regularności (poza oczywiście sesjami psychoterapii, które mają dla każdej osoby swoje stałe godziny w grafiku i bez tego bym najpewniej zginęła). 2021 będzie zatem dla mnie o układaniu i równoważeniu. Miłość nie istnieje bez granic, więc ja potrzebuję tych osobistych granic, by móc ją nieść dalej w świat. 

Odkrycia tego roku

Ponownie odkryłam, że dobre relacje, to najważniejsze co mam. Najważniejsze.

Odkryłam też w tym roku poezję. Zaczęłam jej poszukiwać, czytać ją nałogowo i regularnie dołączać do moich webinarów i warsztatów (wiem, że zainspirowało to wiele i wielu z Was i robicie to samo <3). Piłam hektolitry “green latte” czyli matchy ze spienionym mlekiem roślinnym. Zainteresowałam się psychoanalizą, obejrzałam na tej fali cykl wykładów Marka Solmsa i rozpoczęłam lekturę “Bardzo zmiennej czarownicy” (niesamowita, ale i trudna książka).

Zaczęłam też swoją przygodę z edukowaniem Was o terapii ACT i terapii traumy na moim koncie instagramie i w 2021 chcę tam właśnie przenieść swoją edukacyjną, nieodpłatną działalność.

Najważniejszą książką 2020 roku była dla mnie zdecydowanie “Tancerka i zagłada. Historia Poli Nireńskiej” Weroniki Kostyrko. Czytałam ją w styczniu i tematy w niej poruszone: ekspresja, dyskryminacja, przemoc, seksualność, egzystencjalna wolność i waleczność – wyznaczyły moje intelektualne i duchowe poszukiwania kolejnych 11 miesięcy. W połowie roku dotarła do mnie książka “Untamed” Glennon Doyle i z zupełnie innej perspektywy pozwoliła mi spojrzeć na swoją emocjonalność i wrażliwość. Wstrząsnęła mną autobiograficzna książka Lisy Brennan-Jobs (córki Jobsa) “Płotka”, pokazująca jak trudno przyjąć czarno-biały obraz świata (i jak bardzo nie ma to sensu). Każdemu polecam też książkę Magdaleny Tulli “Jaka piękna iluzja”, choć nie umiem Wam nawet opisać, o czym ona jest. Ale jej przeczytanie pozwoliło mi złagodnieć i równocześnie się wzmocnić (Agnieszko, dziękuję za jej polecenie!). Książka “Gwałt polski” Mai Staśko i Patrycji Wieczorkiewisz, czytana niemal równocześnie ze startem “Strajku Kobiet” umocniła mnie w przekonaniu, że edukowanie w temacie traumy, traumatyzacji, przemocy i jej konsekwencji to, czemu chcę poświęcić swoje życie.

O niezwykłych książkach psychologicznych, jakie towarzyszyły mi w 2020 przeczytacie też tutaj, tutaj i tutaj. Moja książka roku 2019, podręcznik terapii opartej o analizę funkcji,  to równocześnie najsilniej na mnie działająca w mojej pracy książka roku 2020. 

Z restauracji i kawiarni (tęsknię za Wami!)  – największe odkrycia to poznańska „Happa to Mame” i krakowska „Zazie Bistro”.

3 kolejne ważne decyzje

Wiele pięknego wydarzyło się u mnie dzięki terapeutycznej grupie “Boję się i działam”, jaka wymyśliła mi się spontanicznie na początku pandemii. Regularne spotkania z grupą niezwykłych kobiet pozwoliły mi rozkwitać i oglądać rozkwitanie innych. Pomimo lęku. Pomimo tego, że świat zatrzymał się na wiele długich miesięcy i nadal na dobre nie ruszył.  I pomimo  tego, że łaczyły nas tylko ekraniki zooma. Dzięki Wam, dziewczyny, że byłyście (i nadal jesteście!) i współtworzyłyście tę magiczną przestrzeń!

Najmocniejszym momentem 2020 był jednak dla mnie początek Strajku Kobiet (wypadający mocno w okolicy moich urodzin, uznaję to za fakt bardzo symboliczny). To był moment oglądania wielu ran, jakie zadało mi wzrastanie i funkcjonowanie w otaczającym mnie środowisku. Jesień 2020 zapamiętam jako czas zdrowienia po czymś, o czym nawet nie pamiętałam, że – we mnie głeboko zakopane – istnieje. I stanięcie mocno po stronie swojej kobiecości, mocnej, sprawczej, odważnej i twórczej. Ten czas to również decyzja o zaangażowaniu się bardziej w walkę o świat, który chciałabym zostawić moim dzieciom. Z radością powitałam zatem propozycję, jaka przyszła do mnie niemalże równolegle od poznańskiego Centrum Praw Kobiet, by dla jego konsultantek i terapeutek poprowadzić superwizje w temacie pracy z traumą. 

W listopadzie 2020 odważyłam się też ruszyć z otwartymi spotkaniami w ramach projektu “Awareness-Courage-Love”, podczas których zupełnie obce sobie osoby spotykają się, by rozmawiać o rzeczach najważniejszych na świecie. O tęsknotach, marzeniach, zranieniach. Te spotkania są dla mnie też bardzo o zdrowieniu: moim, Waszym, NASZYM. 

Niepowodzenia i utraty

Grudzień to miesiąc, w którym zwyczajowo coś tracę. Tak było w 2019, tak jest i w 2020. Osobiście końcówki roku to dla mnie ogromne zamieszania. Ale za każdym tym zamieszaniem stoi jakaś prawda, bez której kolejny rok byłby po prostu cofaniem się. Tak jest i w 2020. Kolejne miesiące będą pewnie żałobą. I pewnie narodzi się z niej coś dla mnie niezwykle ważnego. 

I na koniec: “Ale że co Yalom napisał???”

Gdyby ktoś powiedział mi, że Yalom postanowił sesję terapeutyczną, którą odbyłam z nim w 2020 (to było kolejne moje odważne posunięcie roku 2020: napisać do Yaloma i zapytać, czy możemy znajdzie dla mnie czas na sesję i się na tej sesji stawić) opisać jako opowiadanie w swojej ostatniej już książce, pewnie nie uwierzyłabym. I chyba sama sobie nadal w to nie wierzę. Choć opowiadanie dostałam od Yaloma do zaakceptowania na maila, przeczytałam  je wielokrotnie i pod koniec marca 2021 czeka mnie kolejna z nim sesja. Nie wierzę w to i równocześnie cieszę się tym tak samo mocno. Być opisaną przez Yaloma – czy można być tak szalonym, by nawet o tym marzyć? Ja na pewno nigdy się na to nie odważyłam :).

Opowieść o tym niezwykłym prezencie od życia oświetliła nie tylko mój 2020. Jeśli jednym z akapitów opowieści, jaką rozsnuwa przede mną moje życie jest ten o Yalomie, to czy nie czyha tam czasem jeszcze kilka tak zaskakująco pięknych (i – umówmy się – równie przedziwnych :))?

***

Taki był ten 2020. Nie do opisania krótkim tekstem. Nie do objęcia rozumem. Za to do doświadczenia tymi częściami duszy, które pozostawały u mnie do tej pory zupełnie uśpione.

Czekam z wytęsknieniem na mój/nasz 2021. Niech będzie on dla mnie o znajdowaniu w sobie łagodności i gruntu! Niezależnie od tego, co na zewnątrz. Zacznę tę nową przygodę z 2021 już dziś!